niedziela, 18 czerwca 2017

Mistrzów dwóch

Dawno, dawno temu, dziecko moje starsze, czyli Joanna zażyczyła sobie od mamusi, czyli ode mnie, narzutę na łóżko.
Mamusia podsuwała córeczce bardzo różne wzory, schematy i pomysły.
Niestety - wg. Chudej nic nie było jej godne...
Miały miesiące, pory roku i moja cierpliwość.
W końcu zrezygnowałam z szycia narzuty tak kapryśnej klientce.
- Se kup w Pepco! - warknęłam w końcu zniecierpliwiona.

Temat umarł na czas jakiś. Tak mniej więcej do pierwszych bardzo ciepłych nocy, kiedy to dziecina powróciła do tematu narzuty. Już nie na łóżko, tylko na człowieka. W sensie taki okrywacz wiosenno-letni zamiast kołdry.

- Wypchaj się. - Powiedziała jej życzliwie mamunia. - Niczego ci szyć nie będę, bo za każdym razem jesteś na nie! Co bym ci nie pokazała, to nochem kręcisz.

Ogólnie rzecz biorąc jestem konsekwentna do bólu, I skoro powiedziałam, że nie, to... nie znaczy, że zdania nie zmienię ;-D

Jakoś tak w połowie kwietnia roku tegoż pańskiego znalazłam wzór na narzutę.
W oryginale była to durnowieszka naścienna, ale po zwiększeniu liczby elementów składowych wychodził całkiem zacny otulacz na ludzia.
Doszłam do wniosku, że spełnia wszystkie wygórowane żądania Joanny - nie jest okrrropnie klasyczna, nie ma kwiatków, nie ma powtarzalnych kwadracików i ogólnie lekko wpada w styl "modern".
Nie od razu pokazałam Chudej co będzie miała.
Najpierw podstępnie zapytałam:
- Chuda! Jaki kolor chcesz tej narzuty - miętowy czy szary?
- Szary. - Padła zdecydowana odpowiedź.

Chciała szary no to ma:

Do uszycia tych kolorowych prostokątów użyłam jedną z dwóch posiadanych, ukochanych pastelowych roleczek jelly roll kupionych u Ewy.
Dołożyłam tylko dwa solidy z konkretnymi kolorami: ciemnozielony i zielony. A to w celu ożywienia tych bardzo delikatnych kolorów.
Długo ją szyłam. Oj dłuuugo...
Od połowy kwietnia do dziś.
Ciągle coś mi wypadało: a to ogród, a to sprzątanie, a to uszkodzona osobiście noga, połamane korzonki własne, a to zwykły leń i lektura ciekawych książek...
Jednakowoż w końcu się udało i wczoraj odtrąbiłam sukces, czyli skończyłam pikowanie!
Dziś tylko doszyłam lamówkę (też z tej samej rolki, wyżej wspomnianej), zasiadłam na leżaku i oddałam się najprzyjemniejszej czynności pod słońcem, czyli podszywaniu lamówki ręcznie z lewej strony:

Uwielbiam to robić! To taka wisienka na torcie patchworkowym :-)

No a potem coś, za czym nie przepadam szczególnie, czyli robienie zdjęć gotowca.
Najpierw rzuciłam uszytkiem na tawułę:

Bez sensu! Pofalowała się i wyglądała nie teges...

No to cisnęłam na trawę, wlazłam na drabinę i robiłam z lotu ptaka:

Też niefajnie. Trapez wyszedł. Bałam się bardziej wychylić z drabiny, bo mogłam gwizdnąć na glebę.
I nie o siebie się bałam, tylko o aparat Chudej. O ile ja się pozrastam, jak się połamię, o tyle jej aparat może nie wykazać się zdolnością do samoregeneracji.

Tak więc zarzuciłam narzutę na ławkę...

Znikąd (znaczy spod ławki) pojawił się Lucjan.
Mistrz drugiego planu nr jeden.

Zabrałam narzutę i powiesiłam ją na sznurkach do suszenia ciuchów.
Kompletny bezsens, bo szargała się po trawniku i wyglądała gorzej niż na krzaku :-/

Wtedy na horyzoncie pojawił się mój małż.
- Ha! - Zakrzyknęłam pod jego adresem. - Z nieba mi spadłeś! Zaraz cię wykorzystam!
- Taaaak...? - Mąż wykazał zainteresowanie wykorzystaniem przez małżonkę.
No cóż...
Zapewne nie O TO mu chodziło, bo żonka wręczyła mu narzutę, ustawiła w krzakach i kazała robić za stojak.
- Trochę wyżej. Ręce szerzej, prawa wyżej. Nie ruszaj się! Bez sensu! Kulasy ci widać! NIŻEJ! O! Teraz jest bardzo ok.
I nacisnęłam spust migawki...
W tym momencie mój kochany mąż zapragnął zaistnieć w wirtualnym świecie i opuścił ręce...
W sumie ja też...
Oto on. Mistrz drugiego planu nr 2:


Tjaaa...

To może pokażę jak wygląda tył. Nie męża, lecz narzuty:

Flanelka w koty. Wybrana osobiście przez Joannę.

A to zdjęcie okładki gazety, z której pochodzi wzór:

Dane techniczne: 145 cm na 190 cm.
Szary materiał - polski, kupiony gdzieś. Nie pamiętam.
Flanela - polska. Kupiona chyba na alledrogo.
Wypełnienie - tam gdzie rolki (link w tekście).
To może na zakończenie jeszcze raz zdjęcie narzuty.
Z mężem niewidocznym, bo się chłopina ogarnął i grzecznie za wieszak przez chwilę porobił:

To mogę z czystym sumieniem oczyścić maszynę, zapakować i schować. Niech ma wakacje!
No chyba, że mi się odmieni i jednak coś ewentualnie znowu stworzę :-)

środa, 10 maja 2017

Dla mojej Ani

Dziś króciutko, konkretnie i po prośbie!

Moje dziecko młodsze, które nie raz i nie dwa przewijało się we wpisach na blogu, jest obciążone pewną wadą genetyczną.
Wada ta jest nieuleczalna, ale na szczęście jakoś tam można z nią żyć...
Chociaż łatwo nie jest.
Czasem ten odziedziczony defekt dość mocno utrudnia normalne funkcjonowanie nastoletniej formy życia, jaką jest Anna.
Frustracja związana z bolesną koniecznością egzystowania we względnie normalnym i zdrowym odłamie społeczeństwa bywa dla Ani nie lada wyzwaniem...
Z jednej strony: egzaminy gimnazjalne...
Z drugiej: konkurs zorganizowany przez Royal Stone "Kalendarz biżuteryjny 2018"
Co wybrać???
Rybki czy akwarium?
Anna wybrała rybki w akwarium :-D
Czyli w przerwach na naukę uszyła naszyjnik sutaszowy.
O ten:

I tenże naszyjnik powędrował na konkurs.
Właśnie trwa głosowanie publiczności.
A teraz moja prośba do Was.
Jeśli naszyjnik podoba się Wam i macie chęć oddania głosu na niego, to kliknijcie O TUUUU i "dajcie lajka" :-) 

Głosowanie jest możliwe tylko dla osób posiadających konto na Facebook'u i tylko do jutra, tj. do 11.05, do godziny 23:59

Aha! Chyba nie wyjaśniłam - ta dziedziczona genami choroba nazywa się robótkoholizm :-D

środa, 3 maja 2017

Podziękowania dla Fredzia...

Chyba pod poprzednim wpisem, w komentarzach, pojawiło się pytanie o moje kocury.
Czyli o Lucjana i o Fryderyka.
Nie planowałam zbyt szybko o nich pisać, bo w sumie nie było niczego nadzwyczajnego w ich kocim życiu.
Ot - spanie, jedzenie, spanie, jedzenie...
Zima - zimno, wiosna - zimno, deszczowo - zimno i do luftu - zimno.
Tylko spać można:

Ewentualnie wylegiwać się na plamach słonecznych:


Albo urządzić sobie leżing-plażing-smażing na parapecie:



Pierwszy w tym roku spacer Lucka nie był jakimś szczególnym faktem do odnotowania.
Początek marca, kot w szelkach, spacyfikowany na smyczy  - o czym tu pisać?

Wcześniej, na rozruszanie, kocury dostały na wyraźny wniosek pana, drapak.
Idea fajna. Lucjan oczywiście pomagał w montażu:



I nawet się pobawił:



Dodam, że tą puchatą kulkę urwał w momencie robienia zdjęcia :-D

Fred usiłował wcisnąć się do domku, Nawet mu się udało. Tyle że przy próbie zrobienia nawrotu w środku, skutecznie się zaklinował i z trudem wylazł na wstecznym. Bardzo był nieszczęśliwy, rozczochrany i zniesmaczony... Nie pomogło tłumaczenie, że nie powinien włazić na to dziwne urządzenie, bo obliczone jest dla kotów o wadze do 5 kg. Fred dość znacznie przekracza to minimum...
Ale się nie poddaje i usiłuje, dość dramatycznie, korzystać z nowego sprzętu:

Moje dzieci moje mówią, że on jest tłusty.
Natomiast ja twierdzę, że to nie tłuszcz, tylko masa mięśniowa, ale on jej nie umie napiąć ;-)

Bo dekatyzację doprowadził do perfekcji:

Kiedy w kalendarzu nastanie wiosna i słońce udaje, że grzeje, trzeba koty wyczesać, bo śmiecą kudłami dookoła:

Zaznaczam, że Fred był zadowolony i mruczał - nie charczał, próbując złapać oddech ;-)

Natomiast Lucek grzecznie czekał na swoją kolej, trzymając czesadełko w rączce:

Jak patrzę na to zdjęcie, to mam wrażenie, że to nie do czesania, tylko brzytwa oddana w nieobliczalne łapy...

No dobra...
To teraz do właściwej części wpisu.
O Fredziu będzie.
Kilka dni temu...
Wieczór. Na dworze ciemno, choć oko wykol.
Siedzę sobie spokojnie przy laptopie i się odmóżdżam. Słyszę solidne "ŁUP" na zewnętrznym parapecie. Znaczy Fred wraca do domu.
Wstałam, okno otworzyłam, kota wpuściłam.
- Idź do kuchni, Żarcie masz w misce - powiedziałam do kota, nie patrząc na niego.

Kot nic nie odpowiedział i to powinno było mi dać do myślenia. Nie dało...
Po kilku minutach usłyszałam głuche warczenie Fryderyka dobiegające z korytarza.
- FRED! Zamknij się! Walnij go, a nie lwa udajesz! - huknęłam na sierściucha, sądząc, że usiłuje opędzić się od namolności ekspolzji uczuć Lucka.
Na sekundę ucichło.
Po czym warczenie przybrało na sile.
- FREDEK! Przestań! - ciągle nie miałam ochoty ruszać się od laptopa i miałam nadzieję na werbalne zdyscyplinowanie kotów.
Nic z tego!
Wytrzymałam jakieś pięć minut warczenia. Dłużej się nie dało.
Zerwałam się z krzesła, poleciałam na korytarz i zapytałam:
- No czego tak się drzesz, debilu?!

Odpowiedź niejako sama mi w oczy weszła, chociaż nieruchoma była, bo martwa...

SZCZUR! Młody, mikry, wielkości wypasionej, uprawiającej kulturystykę myszy,  ale jednak SZCZUR!!!
Fred przytargał go z dworu i dlatego nie odezwał się do mnie zwyczajowo po wejściu do domu.

Wydałam z siebie zduszone:
- Ożeszkurnamaćjapierdolełłłłaaaa!
I dałam dyla do pokoju, po drodze wydobywając ze zduszonego gardła okrzyk paniczny:
- RATUNKU!!!
Nie mogłam się drzeć pełną parą, jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach, bo...
Bo głupio mi było...
Otóż Ania bierze udział w wymianie i w on czas siedziały obie - ona i dziewczynka z wymiany - w pokoju i pogadywały sobie w języku Moliera.
Tak więc nie chciałam młodej młodszej narobić międzynarodowego obciachu...
Się nie udało.
Bo wszyscy się zlecieli, wszyscy się śmieli (ze mnie!), a Anna dla pewności, przetłumaczyła Maevie, czemu jej matka dziwne dźwięki wydawała...
Tak więc dzięki Fredziowi jestem sławna poza granicami. I to dalekimi ;/
😼

Zdjęcia: zwis kaloryferowy, kot zdekatyzowany i kot z brzytwą autorstwa Joanny

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Takie same, ale inne ;-)

Zastanawiam się, jak zacząć ten wpis.
Jakoś brak mi weny piśmienniczej ;-)
No to może tak po prostu - uszyłam dwa bieżniki. Chociaż jakby uczciwie podejść do sprawy, to trzy.
Ale najpierw pochwalę się tymi, z których jestem bardzo zadowolona i nie mam do nich żadnych zastrzeżeń.
Oto one:

Są takie "wiośniane", delikatne a jednocześnie konkretne.


Świetnie prezentują się na mojej osobistej ławie (stół mam wielki, więc rozmiar od dzioba do dzioba 84 cm i szerokość 37 cm jest za mały). 

Bardzo fajnie mi się je szyło i na pewno jeszcze takowe powstaną. Zapewne w innej kolorystyce.
I NA PEWNO nie w takiej, w jakiej powstał prototyp...

Oto on. Koszmar snów patchworkary... Horror kolorystyczny... Kakofonia waląca brutalnie w oczy...

Jednym słowem takie memento na przyszłość: myśl babo, zanim zszyjesz szmaty do kupy!
Materiały jako takie są śliczne i urocze. Ta sama grafika i projektant. Tyle, że w kupie wyglądają jak...KUPA!

Tjaaaa... Jako się rzekło, to był prototyp.

Zgrzytając zębami, klnąc niczym rasowy furman, pomstując na własną ułomność wzrokowo/kolorystyczno/deseniową, przyszłam lamówkę i stwierdziłam, że TAK TEGO NIE ZOSTAWIĘ! I że muszę znowu uszyć taki sam bieżnik, tyle że zupełnie inny ;-)

No i uszyłam dwie ślicznoty.
Z przewagą fioletu:
 I z przewagą żółtego:

Czyli znowu: takie same, ale inne ;-)

Potem wypikowałam najprościej jak się dało, czyli echo:


A tu zbliżenie:

Tak to wygląda od doopy strony:


Cóż mam dalej pisać...
Beztrosko i zarozumiale stwierdzę, że jestem z tych dwóch szalenie zadowolona i ogromnie mi się podobają.
Ba! Mało tego - nie mam żadnych zastrzeżeń co do ich wykonania! A to się niezmiernie rzadko zdarza w moim przypadku. 
Jeden z nich (ten bardziej żółty) jutro wędruje do nowej właścicielki. I bezczelnie stwierdzam, że na bank się spodoba :-D
Ten drugi, fioletowy, zostaje u mnie, bo kocham fiolety. Zwłaszcza w połączeniu z żółtkiem ;-)

No to teraz dla chętnych:
TU jest wzór
Urocze materiały w kwiatki, głupkowato przeze mnie wykorzystane, TU
A te fiolety z żółcieniami TU (kupowałam na metry, nie w zestawie).

Tak więc pogrążona w zachwycie, żegnam się z Wami, moje cierpliwe czytelniczki i komentatorki, do następnego uszytka/wpisu :-)

sobota, 18 marca 2017

Mam własną pracownię!

Każda z nas, tworzących rękodzieło, marzy sobie o własnej pracowni.
O takim miejscu, w którym spokojnie można sobie dłubać, szyć, kleić, lepić, wycinać, haftować, koralikować i co tam komu jeszcze w duszy gra...
Taki mały pokój, w którym znajdą miejscówkę wszystkie przydasie i w końcu będą leżeć na swoim, przypisanym im miejscu, a nie rozstrzelone po różnych kątach domu, poupychane w łóżkach współplemieńców, wysypujące się z kartonów ustawionych w kilka artystycznych stągwi...
Nic wielkiego - ot taka mała pracownia, z której w każdej chwili można sobie wyjść, zostawić rozgrzebaną robótkę i zamknąć starannie drzwi, żeby koty nie sponiewierały tego, co się aktualnie tworzy.
Ot takie małe marzenie...
Oczywiście są takie szczęściary, które mają takie swoje miejsce na ziemi.
I od paru dni ja również dołączyłam do ich grona!

MAM WŁASNĄ PRACOWNIĘ!
Najpiękniejszą, najmojejszą :-D
Z antyczną maszyną marki Singer!



Wiem, że dywan w pracowni szyciowej to trochę szalony pomysł, ale nie lubię łysych podłóg, no i jakoś musiałam zutylizować ścinki pozostałe po szyciu Roku



Chcecie wejść do mojej pracowni?
Serdecznie zapraszam!  Drzwi są otwarte:



Nie ukrywam, że moja pracownia powstała ze zwykłej zazdrości.
Otóż niedawno Ewa i Małgosia pokazywały u siebie swoje pracownie. Ogromnie mi się spodobały i nie ukrywam, że miałam chęć też sobie taką zrobić.
Chęć przerodziła się w czyn, kiedy natknęłam się na to cudo: http://bit.ly/maszynadoszycia
W każdej pracowni,takiej prawdziwej, maszyna do szycia jest kupiona. Bo resztę umeblowania można zrobić sobie samemu. Według własnych potrzeb.
Z tego założenia wyszłam, inwestując twardą walutę na zakup Singera napędzanego siłą mięśni.

A potem przystąpiłam do konkretnych, fizycznych działań.

Najpierw wytapetowałam ściany papierem dwustronnym.
Potem pocięłam listewkę kupioną w jakimś markecie budowlanym i posklejałam żeby mieć półeczki na materiałeczki.
Stołek też zrobiłam z ingrediencji ogólnodostępnych w wyżej wymienionym sklepie.
Deska do prasowania jest ze szpatułki, jaką lekarz wtyka w paszczę, chcąc zobaczyć stan gardzieli badanego delikwenta. A nóżki z patyków do szaszłyków.
Żelazko (hand made by osobista córka Anna) z modeliny Fimo.
Bele materiałów to po prostu ścinki, które gromadzę niczym chomik (nie w policzkach, tylko w pudłach).

I tak oto mam własną pracownię!

I nacieszyć się nią nie mogę :-)))

Za zdjęcia bardzo dziękuję mojej córce Joannie, która też co nieco naskrobała na swoim osobistym blogu  w temacie maszyny :-)