czwartek, 3 maja 2018

Misz masz

Kwiecień minął bez jednego nawet wpisu... A to się porobiło!
No ale jak tu coś pisać, jak przyroda oszalała ze szczęścia i sieka kolorami i zapachami na odlew?


W tym roku może znowu będą jabłka




I na wiśnie też jest szansa



Wejście do ogrodu wygląda tak:



Natomiast na pożegnanie tak:

W którą stronę by nie patrzeć - pachnie jednakowo oszałamiająco :-)

A jak nie pachnie, to wygląda obłędnie:
I jak tu w takich okolicznościach przyrody siedzie przed kompem i coś pisać?
No nie da się! Zwłaszcza, że Lucjan zażyczył sobie wznowienia leśnych przejażdżek rowerowych

Czasem jednak znajduję chwilkę i coś tam dziergam.
Nielubianym szydełkiem dziergam :D
Na przykład kot zmęczony, najabłonkowy ;-)

Coś na słodko, czyli babeczka i lodzik ;-)





Coś in progres, czyli kiedyś powstanie coś użytecznego. Póki co wygląda jak bezkształtny kręgiel :-D



Maszyna do szycia stoi i się kurzy, bo żal mi tych ciepłych i pięknych dni na siedzenie w murach.

W murach to ja w pracy tkwię. I też mi szczerze mówiąc rozrywki nie brakuje.
- Proszę pani! Ja chcę tę książkę, co moja koleżanka czytała i jej się podobała.
Yyyy... Nie... No tak! Oczywiście!
Szybkie pytanie o koleżankę, bo mogę namierzyć rzeczoną lekturę w karcie analitycznej wspomnianej panienki.
- A jak koleżanka się nazywa?
- Zuzia.
- A na nazwisko jak ma?
- Nie wiem! Przecież ja z nią tylko na świetlicę chodzę!
- A może jakiś fragment tytułu pamiętasz z tej książki?
- TAK! Na wierzchu była różowa!


Przychodzi dziecię z klasy drugiej.
- Poproszę lekturę.
- A tytuł?
- Kasiunia!
Szybkie myślenie: "Karolci już się nie przerabia, Oto jest Kasia za rok. Ryzykuję!"
- A może "Asiunia"?
- Oooo! Noooo!
No....

Ten sam dzień, jakieś 15 minut później. Wchodzi Julian z klasy czwartej. Miłe dziecko i raczej ogarnięte.
- Dzień dobry. Chciałbym wypożyczyć lekturę.
I cisza...
- A jaką? - Zagajam.
- No to co u mnie w klasie mają przerabiać.
Tjaaaa...
- Aha. Julek! Czwartych klas jest u nas pięć, więc nie wiem co konkretnie w twojej ma być.
Julek się zamyślił, skupił intensywnie i po chwili usłyszałam:
- Dywizja koziołków!

Lata wprawy robią swoje. Julian wyszedł z biblioteki trzymając pod pachą "Dynastię Miziołków" ;-)

Oby do wakacji!


Wzór na kota jest tu
Wzór na babeczkę jest tu
Adres wzoru na loda przepadł bezpowrotnie.

niedziela, 25 marca 2018

Opowieść misia Marzyciela

Cześć!
Jestem misiem Marzycielem

Do życia powołała mnie Wasza Ata.
Szydełkiem mnie powołała na ten łez padół.
Ona szydełka nie cierpi. Tak twierdzi. Ta Ata taka jedna. Niby mamusia moja...
Siedzę sobie w ciepłych promieniach słońca i zastanawiam się z czego ta niechęć tej Aty do szydła wynika.
Bo przecież dzięki temu nielubianemu szydełkowaniu żyję i jestem.

 Co w niej za przekorna natura tkwi, w tej Acie?
Czyż szydełko nie jest takie oczywiste i przewidywalne? Bezproblemowe nawet, rzekłbym. Przecież to czysta przyjemność ugrzęznąć w miękkim, głębokim fotelu z włóczką u boku, szydełkiem w garści i opędzając się od okupujących kolana i resztę ciała kotów, powoływać do życia kolejne urocze stworki typu Amigurumi. Pokój zalany zachodzącym, ciepłym blaskiem zachodzącego słońca... Zapach ciasta rosnącego na śniadaniowe, codzienne, domowe  bułeczki drożdżowe otulający cały dom od parteru po strych...
Ciepłe dźwięki domu - u jednej córki muzyka lekko pogrywająca z głośników, u drugiej... Ekhem... Raczej u drugiej cisza, bo tkwi z nosem w podręcznikach, albo się dokształca gdzieś tam w świecie.
Telewizor irytująco-świecąco-grający, ale też ma swój klimat. Taki własny, oswojony. Dający poczucie bezpieczeństwa i jakiejś tam pozornej niezmienności przyzwyczajeń.
No po prostu prywatny raj na ziemi.
A ta Ata paskudna stęka, że szydełko to nie to samo co maszyna do szycia.
Nie rozumiem... Muszę chyba pogadać jeszcze z kimś, kto będzie w stanie wyjaśnić mi czemu ta Ata taka jest jakaś taka...
Tylko kogo by tu nagabnąć?
Po kotach typu Fryderyk i Lucjan nie mogę się spodziewać zrozumienia, bo one wolą, jak Ata siedzi na fotelu, a nie miota się między maszyną, matą do cięcia a deską do prasowania.

Kiedy tak siedziałem, myślałem i marzyłem na ściętym pniu po jabłoni, usłyszałem nagle:
- Ej! Ty! Marzyciel!
- Ktoś, coś do mnie?!
- Taaa...
- Kto? Gdzie i kim jesteś?
- Głuchy to może nie jesteś, ale ślepy to na bank! To ja! Owca łagodna jak baranek



- Ups! Sorry! Wybacz mi! Ale skoro już słyszałaś moje wynurzenia, to może rozwiejesz moje wątpliwości i odpowiesz na pytanie: czemu Ata nie lubi szydełka?
- A co ja jasnowidz jestem? Nie lubi i już. Się cieszę, że jej w oko wpadłam i jestem. Tak po prostu. Bezrefleksyjnie. Jest fajnie. Widzę, słyszę, czuję. Jestem mięciutka, przytulaśna i urocza. Co mnie tam obchodzą jakieś wyższe pseudofilozoficzne przemyślenia błękitnego miśka.
- Ale ty tak serio?! Nie obchodzi cię skąd i dlaczego się wzięłaś?
- Ty! Błękitny! Ty to masz coś nie teges pod kopułką... Jest włóczka? Jest! Jest schemat? Jest. Jest chęć i skrawek czasu? Jest! No to i my jesteśmy! Po huk dorabiać do tego jakąś teorię? Weź ty się ogarnij może, co?!
- Miła nie jesteś, chociaż łagodnie wyglądasz...
- No i? Jakoś mi nie głupio. Żyję, jestem i już! Wypad gościu! Szukaj jeleni w innej części ogrodu.

Poszukałem.
Pod krokusami siedział sobie dopiero co wykluty kurczaczek

-Hej młody! Może ty wiesz, czemu Ata nie lubi szydełka?
- Pipipiiiii...
- Ale że co? Że nie wiesz?
- Piiiiiiiiii!!!
- Hmmmm... Wypowiedzi typu "piiiii" to po prostu brzydkie słowa... No to se siedź pod krokusami i się ciesz, że Ata i jej oko na ciebie padły i żyjesz, jako i ja!
- Piiiiii!!!


- A spadaj! Utuczą cię, urośniesz i zeżrą cię z rusztu, durny drobiu! - Tak sobie niemiło pomyślałem...

- Hallo!!! Czy jest tu ktoś, kto jest w stanie odpowiedzieć mi, dlaczego Ata nie lubi szydełka?! Czy są tu jakieś istoty poza mną?! Ogród wielki jest! Hallllllooooo!!!
- BANANA!!! BANANA!!! BANANA!!!!
- Dżizas! Kto to?!
- Minion mini! Mini mini! BANANA!!!
Strawersowałem ogród i znalazłem w kopie siana takiego dziwoląga:


- Ty! A ty kto?!
- Minonek mni. BANANA! BANANA! 

- Kocham cię! Kocham Atę! Kocham wszystkich! Kocham świat!
- Fajnie. A dlaczego kochasz Atę?
- BANANA! BANANA! BANANA!

Taaaa... Niewielkie wymagania ma ten Bananaman...

- Haaaaaloooo!!! Ratunkuuu!!! Czy jestem tu  tylko z kurczakiem używającym słów brzydkich i cokolwiek ograniczonym do poziomu bananów Minionem?!
- - Uhuhuhuuuu! Czemu ktoś tak się wydziera w środku dnia i spać nie daje?! Przyzwoite sowy o tej porze nei udzielają odpowiedzi na durne pytania, tylko odsypiają nockę!



- Hihihihihi! Aaaalee głupiiii!!! Ty! Niebieski! Popaczaj uważnie!
- Gdzie!
-Przebiśniegi widzisz?
- No! 
- No to ja tam jestem. Gęś jasnowidząca, czytająca w gwiazdach.

- O! Widzę cię! I co tam widzisz w tych gwiazdach?!
- Widzę ciemność... Ciemną ciemność... Taką najczarniejszą z ciemnych...
- No to ci dopiero jasnowidząca!
- Ciiiicho bądź, profanie! Widzę... I słyszę...
- Co słyszysz?!
- Takie cichutkie puk-puk-puk. A może i nawet pyk-pyk-pyk... Albo takie ci-ci-ci-ci-ci...
- Eeeeee?! Co ty ćpiesz?! 
- MILCZ!!! Nie zagłuszaj! To dla mnie obcy dźwięk! Muszę się skupić! 

- Te! Laska w kwiatkach! Nie skupiaj się zbyt mocno, bo ci zaszkodzi! - Usłyszeliśmy ze środka trawnika.
- Kto?! Co?! - Spłoszyła się gęsina.
- MIANOWNIK! Hehehehe! - Usłyszeliśmy oboje.
- Jaki mianownik? Odmianę znam. - Odparłem dzielnie, aczkolwiek z lekkim zaniepokojeniem...
- Kto? KOT! A w sumie to liczba mnoga KOTY!
- O! Koty!
- Taki przypadek. Siódmy "wołacz". 
- No wiem.
- A wiesz też, panie misiu mądraliński, że Ata maszynę odzyskała po ponad miesiącu? I że pierwszym uszytkiem było torbiszcze z kotami? Z podszewką? 


- Nie...
- No! I z kieszeniami! Po obu stronach. Tylko na zdjęciach są nieujęte. A trobiszon jest konkretny. Chuda córka, starsza Aty, w całości mogłaby się zapakować. No... PRAWIE!!!

- Prawie robi różnicę... - Zaszemrałem sloganem.
- A całkiem dokładnie prawdziwe poduchy z klimacie około wielkanocnym to już nie prawie! - Zadziamało coś kłótliwie z trawnika:

- Ale kto! Co?
- Ale my! Nie co! Króliki dwa! Poduszkowce! Panelowe pikowańce. Jeden jakby ślimaczymi fidrygałami ozdobion, a drugi na szybciora i leniucha lotem nawalonej pczoły:

- I jak się to ma do mojego pytania o niechęć Aty do szydła?
- Ależ ty durny jesteś! Ona kocha maszynę. Bez wzajemności. Szydło kocha ją, Bez wzajemności. A jak sam wiesz - przeciwieństwa się przyciągają. Taka karma.

 Nic nie rozumiem... Kocha maszynę, a ona jej nie. Szydełko ją ubóstwia, a ona wręcz przeciwnie. Kobiety są dziwne.
Muszę chyba jeszcze o tym pomyśleć...



Za piękne zdjęcia dziękuję mojej starszej córce Joannie :)

Informacje dla chętnych:
Wzór na misia Marzyciela(ok 10 cm wzrostu) do kupienia tu
Wzór na gęś jasnowidzącą tu (pliki)
Wzór na przeklinającego kurczaka tu
Wzór na owcę bezrefleksyjną tu
Minionek-głupolek jest tu (pliki)
Sowa zaspana tu
Panel na torbę z kotami tu
Panel na poduszki kupiony dawno temu tu 

sobota, 10 marca 2018

Nie moja bajka

Jako się rzekło w poprzednim wpisie, maszyna umarnięta jest. W dalszym ciągu umarnięta. Śmiem przypuszczać, że na śmierć. Bo niebawem miną przepisowe dwa tygodnie od dostarczenia maszyny do właściwego naprawcy. A tu ani maila, ani telefonu, ani znaku życia...
No cóż... Taki mamy  klimat...

Ale, że uwielbiam się umartwiać, zapodałam, sobie jako pokutę tęsknotą za maszyną podszytą, szydełkowanie...
Nienawidzę szydełkowania! Szydełko to zło! I do tego bezmyślne zło!
Zaznaczam dobitnie, że szydełko mnie kocha. Miłością kompletnie nie odwzajemnioną.
Wprawdzie na moim blogu można znaleźć nawet kurs szydełkowania (motyle), ale to nie zmienia faktu, że z haczykiem się nie pokochamy. No nie i już!
Tak więc, wracając do umartwiania się stratą maszyny i pokuty za grzechy mniej lub bardziej zawinione, zaczęłam dziergać na szydle.
Najpierw chustę. Ale znudziła mnie jak nie wiem co.
Robię ją wprawdzie cały czas, ale nie poświęcam jej więcej, niż pół godziny dziennie. Tak więc przyrost jest znikomy.
Ale...
Żeby nie paść z nudów i z tęsknoty (za maszyną). zapodałam sobie dzierganie szydełkowe nieco bardziej konkretne, niż chusta potrzebna mi do niczego.
A mianowicie złapałam się za amigurumi. Podobają mi się te maskotki z głowami nieproporcjonalnie wielkimi w stosunku do reszty wątłego ciałka.
Tak więc skorzystałam z przymusowego zastoju szyciowego i na pierwszy ogień poszedł misiek smutas:

No smutno mu jest, bo wie, że wolę szyć niż dłubać na znienawidzonym szydle...
Normalnie ma chłopak łzy w oczach...



Z tej rozpaczy nie chce siedzieć, tylko woli się umartwiać na stojąco:



Kolejną maskotką amigurumi, w właściwie MASKOTĄ wydzierganą przeze mnie jest królik.
Króliczysko wręcz:

Jakbym go nie znała od pierwszego oczka łańcuszka, to bym powiedziała, że się nażarł sałaty nafaszerowanej GMO!
Rozmiary ma słuszne. Taka konkretna, zadumana nad ciężkim losem  mięciusieńka przytulanka na smutne, bezmaszynowe chwile...

No cóż... Nie mam co udawać skromnisi i wiem, że wyszły fajne. Zarówno misiek jak i kłapouch.
Aktualnie trzaskam owcę. Na szydle rzecz jasna, nie po pysku bezpośrednio.
I ciągle czekam na powrót mojej miss Mercedes.

To teraz dane techniczne dla zainteresowanych:
Miś: włóczka YarnArt Jeans Color 46. szydełko nr 3, wzór Bromba 
Króliczysko: włóczka Himalaya Dolphin Baby , color 80301 (śnieżno biały), szydełko 4,5., wzór stąd
Ehhh... Szydełko to nie moja bajka, że tak se westchnę na koniec wpisu...

sobota, 3 marca 2018

Maszyna story

Jak już pisałam w poprzednim poście maszyna mi się wykrzaczyła na śmierć i na amen.
Po pierwszym szoku, ogarnęłam się co nieco i wygoglałam autoryzowany punkt napraw maszyn Janome.
Zgadnijcie, co mi "wywaliło" na dzień dobry? Osławioną i reklamowaną wszem i wobec firmę eti.
No to zadzwoniłam do serwisu i po krótkiej wymianie zdań, dowiedziałam się, gdzie mam zgłosić felerną maszynę, co mam wypełnić i już.
Tak też uczyniłam.
Kurier przyjechał, maszynę odebrał. Przemilczę awanturę z rzeczonym kurierem, któremu nie pasowało, że jestem w pracy akurat wtedy, kiedy jemu pasowało podjechanie do mnie...
Minęły dwa dni od pożegnania maszyny.
Jest piątek - tydzień temu.
Jestem w pracy, zasuwam na wysokości lamperii, bo muszę skończyć bardzo pilną robotę właśnie wtedy, a nie w poniedziałek!
Dzwoni telefon. Na linii serwis, wspomnianej wyżej, autoryzowanej firmy naprawczej.
- Dzień dobry. Mamy pani maszynę, ale nie możemy jej naprawić.
- O mój Boże! Aż tak jest zepsuta?!
- A nieeee... Znaczy nie wiem, bo my jej nie naprawimy.
- ????????
- No bo maszyna nie była kupiona u nas.
- No i? Przecież jesteście AUTORYZOWANYM punktem napraw Janome?
- Tak, ale tylko dla maszyn kupionych U NAS!
- Aha...
- A pani serwis jest w strimie, czyli tam, gdzie pani maszynę kupowała.
- Nie rozumiem. Przecież jesteście AUTORYZOWANYM SERWISEM maszyn Janome.
- Tak jak mówiłem: tylko dla maszyn kupionych u nas.
- Nie sądziłam, że autoryzację wydaje się wybiórczo i dość losowo. Dziwna praktyka.I co teraz?
- Pani się nie martwi. Podrzucimy ją do chłopaków ze strimy, bo blisko mamy.
- Aha...
- Do środka włożymy kartkę z pani danymi.
- Ok. Podrzucajcie i wkładajcie...

Przypominam, że to był piątek, 23.02. Maszynę zgłosiłam do naprawy 19.02 (poniedziałek).
Przeczekałam cierpliwie poniedziałek (26.02), wtorek (27.02). I ciągle nie miałam żadnej informacji od strimy, że maszyna jest już u nich.
W środę (28.02) pękłam w okolicach godziny 14:00 i zadzwoniłam do eti z pytaniem, gdzie właściwie jest moja maszyna?!
Odpowiedź była lekko oburzona:
- No jak to gdzie?! Myśmy ją JUŻ dostarczyli do strimy. Na pewno coś już z nią robią. Ja dam pani telefon, tam jest pani Lucynka i ona wie wszystko.

No spoko. Zadzwoniłam do strimy.
Pani Lucynka okazała się być panią Alinką.
Wyłuszczyłam jej w czym problem i usłyszałam, co następuje:
-Aaaa! Ta Janome! Dziś do nas ją przywieźli i dlatego kojarzę o czym pani do mnie ROZMAWIA.

O tempora! O mores!
Ja rozumiem i sama stosuję dość luzacki styl mówienia, ale nie do licha w sprawach jakby nie było służbowych!
A po drugie: eti rozmawiało ze mną chwilę przedtem w tonie typu: dawno temu już mają pani maszynę, ale się opierd...zapewne.
Zapewne.
Ciąg dalszy wypowiedzi pani Alinki nie nastroił mnie bardziej pozytywnie:
- Teraz nic z nią nie zrobimy, bo serwisant jest chory. Ale powiedział, że po niedzieli zajrzy do niej.

Nie wiem, po której niedzieli - pani Alinka nie sprecyzowała.
Skapitulowałam cokolwiek i powiedziałam:
- Dobrze. Spokojnie. Aż tak mi się nie spieszy. Najważniejsze jest to, że wiem, że maszyna jest już u państwa, bo czułam się mocno zaniepokojona brakiem jakiejkolwiek informacji.
- No to już pani wie.

No wiem. Spoko. Luz. Nie spinaj się, Ata. Wszak brak maila lubi telefonu w kwestii informacji o miejscu pobytu dość cennego sprzętu, to taki niuans nie wart większej uwagi i nerwów...

Teraz małe podsumowanie:
osławiona i tak pozytywnie rekomendowana firma eti dała doopy, moim zdaniem.
Bo w trakcie rozmowy z serwisantem, powinno paść kluczowe pytanie:
- Czy maszyna była kupiona u nas?
Takiego pytania nie było. Szkoda. Nie zawracałbym głowy w serwisie PSEUDO autoryzowanym, tylko od razu skontaktowałabym się ze strimą. Pewnie by zrozumieli o czym do nich ROZMAWIAM. I być może, załapałabym się przed chorobą serwisanta.

Sprzęty w domu mam różne. I jak się psuły w ramach gwarancji, to kontaktowałam się z autoryzowanym serwisem napraw. Ale jak widać, człowiek uczy się przez całe życie, a i tak głupi umiera...

niedziela, 18 lutego 2018

Pierwsze - oby nie ostatnie...

No więc.
Maszynę mam. Miss Mercedes. Janome w sensie dedykowaną patchworkom.
No to trza było wziąć głęboki oddech i zacząć pikować NAPRAWDĘ, a nie tylko na niby, czyli lotem naćpanej pczoły na zepsutym traktorze.
Na czym najlepiej pikować? Na czymś, co nie wymaga długiego i skomplikowanego szycia.
Mój wybór był łatwy, prosty i przyjemny: bieżniczek na stół w tzw. "saloonie".
Bieżników różnorakich wprawdzie mam od pyty, ale kto bogatemu zabroni mieć więcej i więcej.
Zwłaszcza, że wiosna idzie, więc trza jakoś odświeżyć dizajn optyczny.
Wybór był prosty i oczywisty. Od dawna przymierzałam się do uszycia patchworku znanego z sieci pod nazwą DNA QUILT.
Bardzo mi się podobał. Raz, że prosty jak drut w kieszeni, a dwa, że taki (jakby to rzec) dość efektowny.
No to se machnęłam od niechcenia i mam:
Pikowanie. To był mój priorytet. Ponieważ od dawna podoba mi się pikowanie "kamieniami", no to postanowiłam się z nim zmierzyć.
Udało mi się! Efekt naprawdę mnie zadowala i... I co tu dużo mówić: ogromnie mi się podoba!
Fajnie spłaszcza gładkie tło, nie dominując nad "łaciatym" wzorem zasadniczym.
Brukowanie zdecydowanie pokochałam i na pewno nie raz jeszcze zastosuję w patchworkach. O ile będzie mi dane...
Drugi patchwork. który potraktowałam jako szmatę treningową, to cudo znane pod nazwą shedows patchwork. Od baaaardzo dawna podobał mi się i kompletnie nie rozumiem, dlaczego tyle lat zwlekałam z uszyciem. To przecież prościzna jest.

Uszyłam go również w celach treningowo-pikowalniczych.
Tu zastosowałam pikowanie typu "amplituda" (?). Na cieniach gęściutko, na tle rzadko.
Chodziło mi o opanowanie pewnych ruchów i konsekwencji majtania szmatą pod igłą puszczoną luzem, bez transportu.
Fajnie wyszło. Zadowolona jestem z obu tworów.
Zanim przejdę do reszty zasadniczej wpisu, dane techniczne:
bieżnik: 50 cm na 100 cm;
durnowieszka z cieniami: 75 cm na 100 cm.
No więc...
Durnowieszka była/jest ostatnim uszytkiem poczynionym na mojej ukochanej, wymarzonej od lat Miss Mercedes.
Szyłam i pikowałam bez ekscesów. Na lajcie.
Ba! Pikowanie było, jak to powiedziała taka jedna kochana Pierzasta "sik szczęścia przy pikowaniu z wolnej ręki". Tak było. Zaiste.
A potem nastąpiło przyszywanie lamówki...
Ile to trwa zwyczajowo? Na tak małym patchworku ok. 20 min. U mnie to były ponad 4 godziny...
Dlaczego? A no dlatego, że maszyna przestał szyć. Tak po prostu. Zmiana igieł, nici, czyszczenie, smarowanie... Wydawało mi się, że sytuację opanowałam.
WYDAWAŁO MI SIĘ! Równie dobrze, mogłam darować sobie nawlekanie igły i stosowanie różnistych szpulek w bębenku.... Igła robiła dziury, ale efektu szwalniczego nie było. A jak był, to trzy wkłucia i 5 cm "łysego" ciągnięcia nici...
Jakoś dałam radę i lamówkę przyszyłam. Dziś postanowiłam uszyć sobie kocią siatę. Maszyna umarła całkiem: zero wiązania nici górnej z dolną i huk jakby messerschmitt nad chałupą mi kołował.
BA! Mało tego! Płytka ściegowa skakała jak ścigana kocimi zębami pchła!
Łomot i huk maszyny, która z założenia ma być cicha i bezkonfliktowa, nie wpłynęły na mnie pozytywnie...
Po prostu znowu (wczoraj po raz pierwszy było) usiadłam, oparłam głowę o maszynę i zwyczajnie, bo babsku się popłakałam.
No bo jak to?!
Tyle LAT marzyłam o TEJ maszynie! Tyle LAT wyobrażałam sobie, że jakimś cudem udaje mi się ją zdobyć. I jak ją już w końcu mam (CUDEM!), to ona po pół roku niezbyt intensywnego współżycia zwyczajnie UMIERA?!
DLACZEGO?!
Kto mnie przeklął? Za co?
Jutro dzwonię do firmy, która naprawia gwarancyjnie takie maszyny, jak moja. Oby udało się ją wskrzesić.
Bo jak nie, to żegnam się z patchworkami i z szyciem w ogóle. Stareńki mój Łucznik nie nadaje się do pikowania z wolnej ręki, a właśnie w tym się zaczęłam rozsmakowywać... I właśnie takie głupie mrzonki sobie snułam, szyjąc na maszynach, niekoniecznie nadających się do tego typu "szalonych ekscesów". I już nie mam siły, ani chęci obniżać lotów.
Mój shedows quilt i "brukowany" bieżnik mogą okazać się pierwszymi i oby nie ostatnimi "odważnymi" próbami okiełznania pikowania innego niż to, które wyznaczają szwy...